contact us

Use the form on the right to contact us.

You can edit the text in this area, and change where the contact form on the right submits to, by entering edit mode using the modes on the bottom right.

           

123 Street Avenue, City Town, 99999

(123) 555-6789

email@address.com

 

You can set your address, phone number, email and site description in the settings tab.
Link to read me page with more information.

FOLLOW DESIGNERS

Jestem jak dr Jeckyl and Mr Hyde

Katarzyna Pyrek

fot. Maciej Stankiewicz dla DYKF

Rozmawiała: Anna Puślecka, redaktor naczelna DYKF

To bardzo intensywny dla niego czas. Dostał nagrodę Projektanta Roku, wziął udział w I edycji Project Runway, podjął współpracę z marką kosmetyczną, zaprojektował kolekcję biżuterii. Ma już pomysł na nową kolekcję…

Mnogość projektów to efekt ponad 10-letniej pracy projektanta. Razem wspominamy jego początki. Projektant ocenia kondycję polskiej mody, zdradza nam co go w niej denerwuje, a co cieszy. Mariusz Przybylski to obecnie czołówka polskiej mody. Jak widzi siebie za 15 lat?

 

Dostałeś nagrodę Projektanta Roku w konkursie Doskonałość Mody Twojego Stylu za kolekcję Wild At Heart. Ale każda twoja poprzednia jest równie dobra – Night Air czy Cold Love. Od lat trzymasz poziom.

Cztery ostatnie pokazy były spójną opowieścią o tym, kim jestem jako projektant, skrystalizowała się moja estetyka. Bardzo cieszy mnie ta nagroda, ale nie wiem dlaczego akurat kolekcja Wild At Heart się spodobała jury…

Co sprawiło ci największą radość w czasie robienia tej kolekcji?

Zawsze inspiracje i praca twórcza są najciekawszym etapem tworzenia kolekcji. Intensywne rysowanie, burza mózgów z moim zespołem. Przekładanie inspiracji na język mody, na konkretne ubranie. Powstają pierwsze prototypy, wprowadzam małe poprawki, proszę moje zaprzyjaźnione modelki, aby przyszły na przymiarki, żeby poprawić pewne proporcje.

Finał pokazu Wild At Heart/fot. Filip Okopny/mat. prasowe Mariusz Przybylski

Co bywa u ciebie punktem zapalnym koncepcji kolekcji? Architektura, przyroda, spotkanie z jakąś osobą?

W kolekcji Wild At Heart punktem wyjścia była dzikość, chciałem pokazać większy pazur, drapieżność. Pokazać siebie też od takiej strony - nieprzewidywalnego, niepokornego.

Jesteś trochę dr Jekyll and mr Hyde – z pozoru spokojny, stroniący od bywania, z drugiej strony - niepokorny i dziki.

Na pozór niepasujące rzeczy staram się łączyć. I nagle okazuje się, że to fajnie wygląda. Nie wiem, może mam dwojaki charakter… W tej kolekcji dzikość pokazałem za pomocą mocnego printu. Były też hafty.

Wiele osób zapomina, że Wild At Heart była bardzo duża sekwencja moich ukochanych połączeń czarno-granatowo-białych, z piękną geometrią, z orgiami, układankami.

To z kolei strona zen mojej osobowości, spokojnej, wyciszonej.

Wild At Heart balansuje między czymś bardzo silnym i nostalgicznym zarazem. Taki jestem.

I moje pokazy takie są. Mam duży wpływ na nie - sam wybieram muzykę, wymyślam scenografię, światło.

Całą koncepcję mam w głowie. Ruch ma być dynamiczny, a więc modele chodzą bardzo mocnym krokiem.

fot. Artur Cieślakowski dla DYKF

Denerwujesz się przed pokazami?

Bardzo. Potem, kiedy już nerwy opadną, pytam modelki czy byłem niemiły. Bo mam wrażenie, że tuż przed pokazem jestem obcesowy wręcz. Ale okazuje się, że wszyscy odbierają mnie jako bardzo skupionego (śmiech).

Jak odreagowujesz po pokazie? Uciekasz gdzieś?

Mam sprawdzony system od lat. Jeszcze chyba nikomu o tym nie mówiłem… Kiedy jestem w trzech czwartych drogi danej kolekcji, wtedy nagle przychodzi mi do głowy najlepszy pomysł na następną.

Wtedy powstają pierwsze szkice, cały opis nowej koncepcji. Tuż po pokazie bardzo szybko wchodzę w nową kolekcję. Planuję pracę, żeby to mi gdzieś nie uciekło, muszę poczuć „tę krew”. I kiedy czuję się w tym bezpiecznie, mam trzon kolekcji to wtedy uciekam na wakacje.

Czyli już masz pomysł na następną kolekcję!

Będzie też ciekawy nadruk, będą hafty, bardzo skomplikowane tym razem. Mam już cały pomysł na pokaz.

Ale więcej nie powiem.

fot. Artur Cieślakowski dla DYKF

fot. Artur Cieślakowski dla DYKF

Nadajesz kolekcjom nazwy, nie wszyscy projektanci tak robią.

To jest dopełnienie tego co chcę powiedzieć; to też jest punkt zaczepienia dla bardziej świadomych odbiorców. Dla dziennikarzy, krytyków, stylistów. Gra skojarzeń.

Lubisz pracować w nocy?

Pracuję wyłącznie w ciągu dnia. Budzę się codziennie, praktycznie od lat o 8.00 rano. Potrzebuję dwóch godzin na przygotowanie.

O 10.00 zaczynamy pracę w atelier. Przed pokazem siedzimy do późna, ale normalnie pracujemy tak zwanym „trybem korporacyjnym”, do 17.00, potem idziemy do domu (śmiech).

Potrafisz tak?

Potrafię się odciąć, zdystansować. Mam grono najbliższych przyjaciół, chcę mieć dla nich czas.

Dużo czytam. Oczywiście sprawy mody cały czas z tyłu głowy są.

Kiedy wyczuję jakiś bodziec (nawet kiedy jestem w kinie czy w restauracji), który mógłby być zalążkiem do kolekcji, to wtedy biorę notesik i wszystko zapisuję (śmiech).

Mariusz Przybylski i Agnieszka Szulim po pokazie Night Air/fot. Artur Cieślakowski dla DYKF

Kiedyś projektowałeś wyłącznie dla mężczyzn, teraz masz także propozycje dla kobiet.

Mam lepszą rękę do męskich sylwetek. Kiedyś szyłem na miarę dla facetów i im zwykle towarzyszyły na miarach dziewczyny, żony, narzeczone, siostry. One zaczęły też zamawiać ubrania i tak się zaczęło.

Ostatnio twoje projekty nosi Agnieszka Szulim, wcześniej Małgosia Socha. Obie totalnie różne.

Wszystkie kobiety, które ubieram łączy jedna cecha – to są silne babki. Wokół mnie nie ma romantycznych, eterycznych kobiet. Wcześniej pracowałem z Kayah, z Kaśką Figurą, z Marią Peszek cały czas pracuję.

O jakiej kobiecie myślisz kiedy projektujesz?

Ona jest bardzo wyrazista. To nie jest szara myszka. Ma na sobie ubrania o męskim sznycie.

To są najczęściej garnitury, kurtki typu bomber czy ramoneski, płaszcze. Rzeczy z charakterem.

Mariusz Przybylski z Małgorzatą Sochą po pokazie Night Air/fot. Artur Cieślakowski dla DYKF

Dlaczego nie zobaczymy cię w kolejnej edycji Project Runway?

W tym roku mam dużo pracy – czekają mnie dwa pokazy głównej linii Mariusz Przybylski i dwie kolekcje basic, mojej tańszej linii. Zrealizowałem projekt z marką kosmetyczną Tołpa, z którego jestem dumny, zaprojektowałem biżuterię dla polskiej marki Briju.

Uczę w szkole. Czas mam wypełniony po brzegi.

Poza tym zmieniła się formuła programu, jest bardziej „showmeńska”, a ja nie wpisuję się w tę konwencję. Bardzo kibicuję temu programowi i myślę, że Marcin Tyszka, który będzie jako nowa osoba w jury świetnie sobie poradzi w nowej formule.

Ty nie lubisz bywać, błyszczeć…

Jest Marc Jacobs, którego znają wszyscy, i który uwielbia brylować. Z kolei Proenza Schouler, duet projektantów, który robią świetną modę, nie pokazuje się na salonach.

Pojawiają się tylko na imprezach branżowych, gdzie najczęściej odbierają nagrody.

W Paryżu z kolei mamy Lagerfelda i Ghesquiere’a . Każdy wie jak wygląda Karl – to ikona i po części także celebryta. Nicolas Ghesquiere jest dyrektorem kreatywnym Louis Vuitton, a mało kto wie jak wygląda.

Zatem trzeba być szczerym we wszystkim co się robi. Imprezowanie, pokazywanie się to nie ja.

Pokaz Night Air/fot. Artur Cieślakowski dla DYKF

Byłeś jurorem, uczysz studentów? Czego uczą cię ci młodzi ludzie?

Niejednokrotnie to są osoby kilkanaście lat młodsze ode mnie. Oni mi dają świeżą, młodzieńczą energię. Mam okazję posłuchać o czym oni rozmawiają, co jest dla nich ważne, jacy artyści ich inspirują.

Dzięki nim jestem na bieżąco. Od razu przypominam sobie co mnie inspirowało i zachwycało 15 lat temu, kiedy byłem dwudziestolatkiem.

Pamiętasz z czym wtedy zmagałeś się zawodowo?

Wtedy przede wszystkim na rynku było o wiele mniej osób, które marzyły o tym zawodzie.

Kiedy zaczynałem 10 lat temu jako projektant to na rynku warszawskim istniały właściwie 4 nazwiska.

Dzisiaj dobrych projektantów jest dużo więcej, młoda gwardia robi się bardzo silna i wejście na rynek jest dużo trudniejsze. Dziesięć lat temu było łatwiej pozyskać partnerów do współpracy, bo - nie oszukujmy się - polska moda opiera się w dużej mierze na wsparciu partnerów zewnętrznych. Sponsorzy wolą pracować z kimś, kto już coś zrobił, kto jest sprawdzony, kto gwarantuje, że pokaz będzie na wysokim poziomie, więc młodzi mają trudniej.

Pokaz Night Air/fot. Artur Cieślakowski dla DYKF

Pamiętam twój pokaz w Wytwórni Wódek Koneser na warszawskiej Pradze…

To było 10 lat temu, mój pierwszy pokaz w Warszawie!

Były tłumy.

Wtedy pokaz mody był nowością, atrakcją. Projektantów było niewielu, a więc i pokazy były rzadko. To było święto, wielkie wydarzenie! Imprez związanych „z bywaniem” też było mniej.

Ludzi łatwiej się ściągało, chętnie przychodzili na pokazy. Nie było tak zwanej „ścianki”, gdzie fotografowano gwiazdy (śmiech).

Zdjęcia były robione trochę ukradkiem, „po kątach”.

Tak to właśnie wyglądało! Dzisiaj mamy prawdziwy jesienno-wiosenny maraton pokazowy, bywa, że w jednym tygodniu są dwa pokazy i pojawia się pewien przesyt.

Finał pokazu Night Air/fot. Artur Cieślakowski dla DYKF

Jest coś co denerwuje cię i męczy w obecnym świecie mody w Polsce?

Największym przewinieniem u nas jest to, że w Polsce nie pisze się o modzie tylko o twarzach, które były na pokazie. Nie jestem przeciwny temu, żeby zapraszać znane osoby na pokaz i fotografować je, to jest też część tego wydarzenia.

Ale mimo wszystko gwiazdą pokazu jest kolekcja. W relacjach wygląda to tak, że jest jedno zdjęcie kolekcji, a trzy strony poświęcone są kronice towarzyskiej…

Mniejsze portale tylko piszą o kolekcjach, te które zajmują się stricte modą.

Są dwa tytuły prasy drukowanej, która na poważnie się tym zajmuje i to wszystko. To mnie wkurza. Czy naprawdę nie można poświęcić choć jednej strony w prasie kobiecej na modę przez duże M, na recenzowanie pokazów?

Nam projektantom dużo by dała profesjonalna krytyka. Ona jest, ale w ukryciu, właśnie w bardzo niszowych portalach.

Inna rzecz, która mnie też bardzo boli, to fakt, iż nie ma w Polsce żadnego wsparcia dla polskiej mody, żadnego programu rządu, ministerstwa kultury czy gospodarki.

Oni nie rozumieją, że moda to wielki biznes.

To świetna gałąź gospodarki, którą można rozwinąć. Mamy dużo dobrych szwalni, które szyją dla zagranicznych marek. Dlaczego nie mogą szyć dla polskich projektantów?

Mamy też coraz więcej producentów tkanin, mamy bardzo zdolnych projektantów i uważam, że te wszystkie naczynia można połączyć. Jedni z drugimi mogą współpracować.

Wtedy pieniądze zostawałyby w Polsce.

Doskonałość Mody 2014/fot. Maciej Stankiewicz dla DYKF

Co się zmieniło w modzie polskiej twoim zdaniem w ostatniej dekadzie? Co było takim momentem przełomowym w twojej pracy, przede wszystkim w twojej pracy?

Najważniejsze jest to, że polskiej mody nie traktuje się jedynie przez pryzmat ubierania gwiazd, szycia na miarę i na czerwony dywan. Przez wiele lat naprawdę pokutowało w Polakach myślenie, że projektant mody w Polsce to ubiera tylko znane panie.

Przez długi czas projektanci nie robili ubrań na co dzień, w których można wyjść na ulicę, do pracy czy pojechać na wakacje. Ten trend zaczął się 2, 3 lata i to moim zdaniem jest największy przełom. Zaczęliśmy szyć w szwalniach, w różnych rozmiarach.

A nie gdzieś po domach, u krawcowych.

Mamy butiki, tak jak na świecie, i na tym polega ten biznes. My to robimy na mniejszą skalę, mamy po jednym butiku, sprzedajemy w sklepach multibrandowych, w końcu uruchomiliśmy produkcję. Można iść do butiku projektanta i po prostu ubrać się – niezależnie czy ktoś ma rozmiar 36 czy 40.

Jak będzie wyglądała marka Mariusz Przybylski, w sensie koncepcji, za 5, 10 lat?

Aż tak nie wybiegam w przyszłość, myślę o marce z sezonu na sezon. Chciałbym żebyśmy mieli 4, 5 butików w Polsce. Wtedy będzie można pomyśleć o współpracy z krajami zachodnimi.

Na 20. urodzinach Elle Polska/fot. Agnieszka Taukert dla DYKF

W Berlinie można już kupić ubrania z metką Mariusz Przybylski.

W Berlinie sprzedaję ubrania w bardzo fajnym butiku No Vodka. Podczas każdego fashion week prezentuję swoją kolekcję w show roomie. Moje projekty są dostępne także w Pradze czeskiej.

Czesi podglądają nas trochę, pytają co się u nas nosi. Dużo im sprzedałem ubrań w nadruki kwiatowe z poprzedniej kolekcji. Finalizujemy także rozmowy z Amsterdamem.

Które miasto jest dla ciebie najbardziej inspirujące?

Bardzo nie lubię tych wszystkich wyświechtanych stolic europejskich, nie odnajduję się tam w ogóle.

Kocham Azję i wszystkie dłuższe urlopy spędzam tam. Zwiedziłem dużo miejsc: Singapur, Malezję, Japonię, Sri Lankę, Indie. Tam odnajduję skrajności – od spokoju i kultur buddystycznych po totalne wariactwo - mieszankę kolorów, zabawy, roślinności, ostrego jedzenia.

Lubię ten zlepek dwóch na pozór niepasujących do siebie rzeczy.

Jestem trochę dr Jeckyl and Mr Hyde.

 

Polub nasz fanpage na FB: DYKF Facebook

rozmawiała: Anna Puślecka, redaktor naczelna DYKF

fot. Agnieszka Taukert dla DYKF